Marian był. Tego się nie dało ukryć, był bardziej niż inni. Biła od niego męskość i on bił swoją męskością, siłą potwornego rażenia. Był tak męski, że zrzucał ludzi z krzeseł za każdym razem gdy szukał miejsca dla siebie. Bez ostrzeżenia i przy użyciu jednej ręki zwalniał dla siebie miejsce. Wszystko od niechcenia, bez jednego grymasu, bez zadowolenia. Po jakimś czasie pod ścianą pojawiło się składane krzesło turystyczne. Ci, którzy byli trochę mniej niż Marian, korzystali z niego chętnie i bez pretensji. Było lekkie i dość łatwo było je zaaranżować w przestrzeni, w której pojawiał się Marian. Pił dużo. Spokojnie i dostojnie wlewał w siebie kolejne, w połowie puste szklanki rozrabianego na zapleczu spirytusu. Nie popijał, nie bekał, nie wzruszał się po kilku czy kilkunastu. Nie obłapiał przyjemnie innym obłej barmanki, nie zawieszał oczu na tym na czym można je było jeszcze zawiesić. Rzadko płacił. W zdobionym, ze szkolną starannością, zeszycie, z napisem - kredyt - nie figurował. Pił dopóki ostatnie otłuszczone palce nie podsunęły ostatniego kieliszka. Miał wyczucie, wiedział który jest właśnie tym ostatnim. Po przechyleniu ostatniej kolejki wstawał wykonując dłonią gest znaczący nie więcej niż, że starczy, że już. Zabierał swoją leciwą wojskową kurtkę i sztywnym krokiem wychodził, brutalnie odcinając siebie od nich.
Mówili potem i bełkotali, że Marian to jest gość, bez dwóch zdań, że za Mariana to wszystko, w ciemno. Dalej pili już z prędkością połowy strony zeszytu na godzinę. Te tęskne kilkadziesiąt minut przed zamknięciem, czas naznaczony po równi życiem co groźbą jego odebrania. Wyszli razem, każdy z nadzieją teleportacji własnego ciała pod konkretną pierzynę i wtopienia się w konkretne, spocone plecy, brzuchy, piersi.
Tymczasem Marian od dobrej godziny przeglądał najnowszy numer "Skandali". Nie potrafił wykrzesać empatii dla Romana z Katowic, co to przypadkiem utknął na dłużej w rurze. Moment dosłownie upajał się wyrazem przerażenia tego szczelnie osadzonego w metalowym walcu człowieka. Wielkość stopy - prognoza na życie, to było coś czemu Marian zamierzał poświęcić chwilę. Do testów zabrał się od razu. Chwilę pobujały się jego niesubordynowane kolana, uniemożliwiając mu dostęp do wciąż ubranych stóp. Skarpety stawiały porównywalny opór, szamotał się z nimi wytrwale dobrych kilka minut. Wszystko to wypadało podejrzanie mozolnie, nie bez dumy więc, w chwili tryumfu obnażył swe kostropate pięty i szczeciniaste paluchy. W głowie w podkładzie zagrały mu fam fary. Pieśń zwycięzcy przechodziła już nawet w Modern Talking gdy Marian położył swą stopę na papierowym szablonie. Uzyskał wynik piętnaście i wzrok swój natychmiast skierował ku położonej po prawo legendzie. Piętnaście - polecisz jak ptak, świat będzie u stóp twoich, lecz światło dzienne ujrzy twój najgłębiej skrywany sekret. Zalały Mariana zimne poty. Lecąc podejrzał jeszcze sąsiadów z dołu, potem stracił przytomność. Nad ranem znaleźli to, co uciekając w pośpiechu zostawił po sobie. Nie było Mariana.
środa, 28 listopada 2012
poniedziałek, 12 listopada 2012
To z nerwów tyję
Jako gruba bezrobotna, w piątkowy wieczór liczyć mogę co najwyżej na rozmowy z Jezusem. Jak na razie Jezus udaje, że nie ma go w domu. Ja mam czas, poczekam. Pewnie chwilowo nie chce mnie znać, za te wszystkie umowy i deklaracje bez pokrycia. Zawsze się nabierał. Ale to, że Jezus jest naiwny to żadna nowość. Ciekawe czy ojciec jest nim równie rozczarowany jak mój mną, kiedy po raz kolejny nie przyjmują mnie do pracy. Dni, w których odbywam rozmowy kwalifikacyjne są jak mini święta. W powietrzu panuje atmosfera podniecenia i nerwowych żartów. Wszyscy czują się odpowiedzialni za to bym wstała, zjadła, ubrała się porządnie, ukryła objawy depresji i zdążyła na czas. Powroty z tych rozmów też są do siebie podobne. Wracam, w trochę już za bardzo opiętym stroju. Z zasady w marynarce na ten dzień nie wykonuję gwałtownych ruchów na odcinku barków. Wtedy nie wykonuję ich tym bardziej, ale już nie z obawy, że pęknie na plecach. Wciągam gile, stawiam mało sprężyste kroki, koleguję się z psami, morduje ludzi. Wszystko by trochę oddalić moment powrotu do domu. Cicho otwieram drzwi, spuszczam wzrok i tak posępnie sunę do swojego pokoju. Nikt nic nie mówi. Tyle wystarczy. Tymczasem gdzieś na górze, ktoś krzyczy "ojcze, idę o zakład, że tym razem mnie nie ukrzyżują".
wtorek, 30 października 2012
Najbardziej męczy leżenie
W pościeli leży bydlę, posępne i zmęczone. Drapie się po spoconej głowie, przewraca z boku na bok, kocem ciepłotę ciała regulując. Sytuację opanowuje optymalnie - na leżąco. To odnosi się do siebie z czułością, to stanowczo siebie karci i ostatecznie potępia, ciągle nowe role względem siebie odgrywając. Raz jest swoim oprawcą, raz sędzią, raz kolejny zadość uczynniającą piastunką. Tak godzinami zrozumienie miesza się z pogardą, tania herbata z cukrem, a powietrze z kwaśnym smrodem. Nic nie ma prawa zajść, nic też poza łóżkowe czynności nie zachodzi.
Ostatecznie nienaruszalną stabilizacją upodlone, podnosi się, by po zmroku stroju dziennego skosztować. Jest ciemno, jest cicho, jest mgła. Miała być jesień, jest zima. Czekając na przejście przez ulicę zapada się w błoto, raz po raz uwalniając zapadłe w bagnie stopy. Może zdecydowanym ruchem gładko i sprawnie pokonać ulicę, albo stać i tonąć w oczekiwaniu na cudzą wolę. Trochę postoi, poślizga się w koleinach, powciąga gile, chwilkę poczeka. W końcu dostaje sygnał świetlny, zwalnia autobus miejski. Dwa kroki w przód, jeden w tył, krótki na tej zasadzie balet. Szansa przepada. Kierowca nieskory do zabawy ostatecznie przyśpiesza. Korowód zostaje nieprzerwany. Sensu czekać nie ma. Zawracać trzeba. Flanelową piżamkę na powrót zakładać. W niej popłakiwać i popierdywać aż nastanie nowy dzień.
Ostatecznie nienaruszalną stabilizacją upodlone, podnosi się, by po zmroku stroju dziennego skosztować. Jest ciemno, jest cicho, jest mgła. Miała być jesień, jest zima. Czekając na przejście przez ulicę zapada się w błoto, raz po raz uwalniając zapadłe w bagnie stopy. Może zdecydowanym ruchem gładko i sprawnie pokonać ulicę, albo stać i tonąć w oczekiwaniu na cudzą wolę. Trochę postoi, poślizga się w koleinach, powciąga gile, chwilkę poczeka. W końcu dostaje sygnał świetlny, zwalnia autobus miejski. Dwa kroki w przód, jeden w tył, krótki na tej zasadzie balet. Szansa przepada. Kierowca nieskory do zabawy ostatecznie przyśpiesza. Korowód zostaje nieprzerwany. Sensu czekać nie ma. Zawracać trzeba. Flanelową piżamkę na powrót zakładać. W niej popłakiwać i popierdywać aż nastanie nowy dzień.
niedziela, 21 października 2012
Układy i układziki
Czasami tak bardzo się człowiekowi nie chce, że siła tego niechcenia otumania totalnie. Po pewnym czasie człowiek z przerażeniem stwierdza, że nigdy nie czuł nic silniejszego niż to, że mu się nie chciało. Totalny brak siły sprawczej usypia i odurza . Pod czaszką, wśród bulgotów pulsuje duży i ciężki kamień. Najmniejsze kosteczki w ciele są tak zastałe, że każdy ruch czy bezruch powoduje organiczne brzęki i trzaski.Coś tam się wciąż pompuje i przelewa, rosną włosy i paznokcie. Przez małą dziurkę intensywnie świeci słońce, przyjemnie ogrzewając twarz. Może by się człowiek i popłakał żałośnie w tej scenerii, gdyby nie tramwaj co się nagle zaczyna w trakcie podróży palić, tarasując przy tym całe rondo. Gdyby nie wyrazy zdziwienia na twarzach kierowców i pasażerów zablokowanych aut, tak jakby to była jedyna rzecz jakiej w swym życiu nie przewidzieli. I wreszcie gdyby nie nagłe w tym tramwaju ożywienie. A chwila tylko wystarczyła by zapanowało ogólne rozentuzjazmowanie i tyle samo by każdy zaczął w tym wydarzeniu odgrywać jakąś rolę. Podrajcowany wąsacz biega w te i we wte, od początku do końca i od końca do początku wagonu, dramatycznie relacjonując sytuację. "Panie trzymaj pan, razem otworzymy" - to grupa mężczyzn pomaga motorniczemu dostać się przez zablokowane drzwi. Na szarym końcu pijak amant korzysta ze sposobności kryzysowego podrywu, zaczepiając nienaturalnie rozbawioną dziewczynę. Pantograf pali się jak się palił. Uśmiecham się głupawo, w ogóle się nie spodziewałam.
wtorek, 16 października 2012
Potencjał głupoty
Granica absurdu została w tym tygodniu tak nagięta, że ciężko mi odnaleźć się w nowo zastanej rzeczywistości. Na myśli mam oczywiście kobietę na koniu i nie chodzi mi przy tym o płótno Podkowińskiego. Podejrzewam, że tak jak w przypadku wątpliwej urody obrazu - półnaga sesja oskarżonej o dzieciobójstwo kobiety ujeżdżającej konia stanie się prekursorska i wytyczy nowe standardy działań dla wszelkiej maści celebrytów i równie prymitywnych mediów.
Wiem, poprzeczka stoi ekstremalnie wysoko, mam świadomość że nawet jej nie musnę. Tak sobie jednak myślę, jaka sytuacja mogłaby być adekwatna, bądź równie nieadekwatna do rzeczywistości. Na rozmowie kwalifikacyjnej na stanowisko redaktora naczelnego Super Faktów wystąpię z propozycjami następujących nagłówków:
- Josef Fritzl otrzymuje prawo do opieki nad uratowanym z pożaru rodzeństwem, sesja zdjęciowa w świeżo odremontowanej, solidnie wykończonej piwnicy.
- Maciej Zientarski - Jak radzi sobie jako kierowca autobusów szkolnych, podglądamy jego pierwszy dzień w pracy.
- Chłopczyk, zabity i porzucony pod Szczecinem twarzą kampanii reklamowej ciuszków dziecięcych marki "Bambuś"
- Właściciel Amber Gold unika więzienia i otwiera nową instytucję finansową - Gold Amber.
Zdaje się, że rozkładówka na nagrobku bliskiego członka rodziny już była. Na tym kończy się moja wyobraźnia.
środa, 3 października 2012
Na użytek niezgodny z przeznaczeniem
Odziana w swój pierwszy, w dotychczasowym życiu szlafrok, czuje się w połowie jak emeryt, w połowie jak zabiedzona czterdziestka po rozwodzie.W całej rodzinie nikt przenigdy nie posiadał szlafroka, a już broń boże go nie używał. Jako że z telewizją rozstałam się dość dawno myślę, że odpowiedź na pytanie "kto chodzi w szlafroku" mogłam zapożyczyć z czegoś równie wiekowego jak serial "W labiryncie". Pamiętam, że jedyne co mnie w nim interesowało to to, że grał w nim facet, który użyczał głosu Gargamelowi, jednocześnie będąc do niego łudząco podobnym wizualnie. Dla małego dziecka musiał to być chaos nie do ogarnięcia, do dziś gdy o tym myślę towarzyszy mi pewnego rodzaju zmieszanie. Przykro byłoby odkryć, że moje problemy natury emocjonalnej wynikają z faktu, że w dzieciństwie nikt nie podjął się wytłumaczenia mi dwoistości bytu Gargamela.
Właściwie przypominam sobie, że swego czasu w łazience wisiał jeden różowy szlafrok widmo. Nikt w nim nie chodził, wszyscy wycierali w niego ręce. Niezbyt dobrze go pamiętam właśnie dlatego, że funkcjonował u nas jako ręcznik. Co do przedmiotów częstego użytku używanych niezgodnie z ich pierwotnym przeznaczeniem rodzina moja posiada pokaźne doświadczenie. Nigdy w domu nie było otwieracza do konserw. Brak tego otwieracza był dla mnie sprawą naturalną na tyle, że wciąż na widok konserwy otwieranej otwieraczem pojawia się u mnie szybkie skojarzenie z pójściem na łatwiznę i w konsekwencji brak mego w tej dziedzinie poważania.
W zimowe poranki ciepła w kuchni dostarczała nam elektryczna maszynka, pierwotnie przeznaczona do gotowania w miejscach pozbawionych typowej kuchenki. Rozgrzewała się szybciej niż inne sprzęty oddające ciepło. Tak na patencie mojej pomysłowej mamy przetrwałam całą szkołę podstawową. Dzięki temu również nie wybrałam się pewnej nocy w podróż do szkoły i żaden krwiopijca ani zboczeniec nie zrobił niewłaściwego użytku z mojego chuderlawego ciałka. Była bowiem godzina za dwadzieścia pięć pierwsza a nie pięć po siódmej jak mi się wtedy wydawało, a jedyne co wzbudziło moje podejrzenia to niepracująca maszynka.
Warto wspomnieć również o "samochodzie" rumuńskiej marki Dacia, którym mój ojciec po zakupie nigdy nigdzie nie pojechał, nie licząc wyjazdu na złom, a który służył mi i mojemu rodzeństwu jedynie w charakterze poglądowym. Dla nas więc w tamtym okresie samochód to było coś brzydkiego, z widocznie wypompowanymi oponami, coś co zajmuje miejsce do zabawy i w sytuacjach patowych bywa przedmiotem sporu rodziców.
Bylismy kosmitami, jak każdy.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
